wtorek, 29 lipca 2014

Zwyczajny bolesny dzień



To takie prymitywne. Słuchać jak ktoś mówi Ci, że już nic do ciebie nie czuje, że poznał inną, że odchodzi...  i uświadamiać sobie, iż wcale nie zabiera Cię ze sobą, a porzuca tutaj samą; reagować lekkim uśmiechem i twarzą pokerzysty. Nic mnie to nic nie obchodzi, mam to w dupie, podczas kiedy całe wnętrze krzyczy z pytaniem: dlaczego? Byłam niewystarczająca? Niezbyt dobra? Przekonujesz siebie, że jesteś w stanie skończyć to z klasą, patrząc mu w oczy. Uparcie odsuwasz od siebie świadomość, że wpatrujesz się w jego źrenice bez łez, które szklą Twoje spojrzenie. „Oczywiście. Rozumiem. Weź spierdalaj do tej swojej suki”, zapewniasz. Prosisz, żeby odszedł i nigdy nie wracał...Nie przytula Cię na pożegnanie, a kiedy odwraca się, mimowolnie wyciągnięte ręce wędrują w jego stronę, przeszywając chłodne powietrze. Koniec lipca, został mi jeszcze miesiąc wakacji. Miesiąc samotności. Pękło mi serce, to nic. Kiedyś przestanie boleć prawda? A teraz moje motto na kolejne dwa lata: Do diabła z miłością...

Tak więc chociaż te trzydzieści kilka dni, zamierzam spędzić na czymś pożytecznym, przerobiłam już ponad połowę podręcznika z matmy, niedługo zabiorę się za vademecum Operona z bio... Tak, nauka, to przyszłość, bez bólu, nauka to skuteczna ucieczka... przed życiem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz